Ks. Franciszek Stopierzyński - profesor Seminarium Duchownego we Włocławku; wizytator klasztorów i parafii diecezji kujawsko-kaliskiej; kanonik włocławski.
Ks. Franciszek Stopierzyński ur. się 23 grudnia 1837 w Krowicy Zawodniej (w akcie chrztu podany jest Marchwacz), w rodzinie Józefa i Albertyny z Banaszkiewiczów Stopierzyńskich. Jego ojciec był wówczas posesorem dóbr marchwackich. Franciszek ukończył gimnazjum w Ostrowie Wielkopolskim, po czym wstąpił do Seminarium Duchownego we Włocławku. Formację kapłańską odbywał również w Warszawie. Święcenia kapłańskie przyjął w 1865 r. we Włocławku z rąk bp Marszewskiego. W 1867 r. został profesorem w seminarium włocławskim. Zmarł 3 lipca 1911 we Włocławku, gdzie też został pochowany.

Tablica pamiątkowa ks. Franciszka Stopierzyńskiego z Kościoła w Rajsku, poświęcona przez bp sufragana włocławskiego Władysława Krynickiego w maju 1922 r.
Poniżej zamieszczamy fragmenty artykułu, poświęconego pamięci ks. Stopierzyńskiego, jaki ukazał się po jego śmierci w Kronice Diecezji Kujawsko-Kaliskiej:
Dzień 3 lipca r. b. odbił się żałobnem echem po wszystkich krańcach dyecezyi naszej—umarł ks. prałat Stopierzyński, od lat 44 profesor Teologii Moralnej w Seminaryum Dyecezalnem, obok czego lat kilkanaście (1874— 1890) Vice - Regens Seminaryum, za regensostwa ś. p. Zenona, potem Stanisława Chodyńskich. Przestało bić to serce złote znane nam kapłanom Dyecezyi, w której prawie już wszyscy uczniami Jego byliśmy, zgasł przyjaciel i przewodnik naszych lat seminaryjskich, kapłan gorliwy i światły, niezmordowany pracownik winnicy Chrystusowej, człowiek bez skazy, ceniony i kochany za swą dobroć i prostotę serdeczną przez wszystkich którzy się doń zbliżali. Zmarł jak żołnierz na posterunku, do samego nieomal końca pracując na katedrze profesorskiej i w konfesyonale katedralnym, gdzie był niezmordowanym spowiednikiem, stosując praktycznie to, czego teoretycznie swych uczniów nauczył. (…)
Śmierć ta choć przewidywana jednak zawsze bolesnym dotknęła ciosem przede wszystkim Seminaryum nasze, w którem ś. p. ks. Prałat wychował cały nieomal skład obecny duchowieństwa Dyecezyi, z wdzięcznością i życzliwością serdeczną Go zawsze wspominającego. Słodki i dobry, łagodny i wyrozumiały pociągał serca i zachował je do końca. Miał w charakterze i duszy wiele cech wspólnych z patronem swoim Św. Franciszkiem Salezym i to jednało Mu wszystkich. Takim samym był i jako doświadczony przewodnik dusz w Sakramencie pokuty, te same cnoty praktykował jako dobroczyńca ubogich, mający dla wszystkich potrzebujących serce litościwe i dłoń otwartą.
Miłość też i życzliwość otaczających towarzyszyła Mu w ostatnich chwilach żywota, a szczęśliwe zdarzenie—rekolekcye dyecezalne—sprawiło, że w oddaniu ostatniej przysługi wzięło udział liczne grono duchowieństwa, do stu kilkudziesięciu kapłanów liczące. Zmarł po kilkotygodniowych ciężkich cierpieniach, z przykładną cierpliwością znoszonych, z pobożnością jak największą, zasilony wielokrotnie Sakramentami śś. na drogę wieczności, w otoczeniu swych niegdyś uczniów a obecnych towarzyszy pracy Seminaryjskiej, którzy nieopuszczali go do ostatniej chwili.
Eksportacja ciała z domu Zmarłego do sąsiedniej Bazyliki Katedralnej odbyła się w d. 6 lipca w Czwartek, o godzinie 7-mej wieczór, celebrowana osobiście przez Pasterza Dyecezyi. (…) Mówca wspomniał na wstępie o zasługach Zmarłego, o jego pracy kapłańskiej wytrwałej w murach tej świątyni katedralnej, w których teraz martwe Jego zwłoki spoczywają, o Jego trudach jako niezmordowanego spowiednika i lekarza dusz w Sakramencie pokuty, a następnie przeszedł do Jego działalności w Seminaryum, tej drugiej świątyni niemniej umiłowanej przez ś. p. ks. Franciszka, tej almae matiis dyecezyi, gdzie On niestrudzenie przez lat 44 jako profesor pracował, pełniąc zarazem przez długie lata żmudne obowiązki Vice - Regensa, kierownika alumnów, z pośród których następnie uczniowie Jego kolejno stawali się kolegami, towarzyszami pracy.
Zaszczytem nam było stać blisko takiego kapłana i pracować przy Jego boku, w tym samym instytucie duchownym. Przykład Jego był nam pokrzepieniem i pociechą w tak trudnej pracy pedagogicznej. Zaszczytem nam było towarzystwo męża tak wielkiej świątobliwości, otuchą w radościach i smutkach Jego i naszych, w pracy wspólnej i rzadkich chwilach wypoczynku. Świętość Jego duszy nadewszystko okazała się podczas ostatnich cierpień przedśmiertnych, w chorobie długiej i ciężkiej. W bezwarunkowem poddaniu się Woli Bożej nie wydał ani jednego słowa skargi. Głęboka wiara, która była Mu przewodniczką całego życia, towarzyszyła muniezmiennie do świętobliwego skonu. Choć sił Mu już brakło, odmawiał wciąż długie pacierze kapłańskie, gdy nie mógł głośno z wysileniem szeptał modlitwy, aby w wysiłkach przedśmiertnych uczcić Tego, któremu służył przez całe zacne swe życie. Rozkoszą Mu była codzienna Komunia św., którą w chorobie ostatniej z rąk swoich kolegów seminaryjskich, a dawnych uczniów przyjmował, słodką muzyką dźwięczały mu słowa głośnej modlitwy, o którą otaczających wciąż prosił. Byliśmy tego wszystkiego świadkami, życia i śmierci zarówno świątobliwych, widząc w nim wzór kapłaństwa, na modlę którego samych siebie i powierzoną nam młodzież duchowną urobić pragnęlibyśmy.
Krzepił nas Zmarły i przykładem swej wyjątkowej pracowitości. W samem Seminaryum zajęć miał tyle, że mógł się uważać za wolnego od innych obowiązków, a jednak był On najgorliwszym pracownikiem w Katedrze, ojcem duchownym córek zakonnych św. Wincentego i wielu pobożniejszych osób świeckich, bywał nauczycielem religii w szkołach elementarnych i ochronie, kapelanem chorych w szpitalu, katechetą dzieci przygotowujących się do pierwszej Komunii św. wreszcie w czasach ostatnich i prezesem Związku katolickiego w parafii włocławskiej. Przy tylu zajęciach nie mógł pozwolić sobie na wypoczynek, nawet kiedy strudzony zasypiał stojąc oparty o ścianę lub okno. Przychodził nam wtedy na myśl stary żołnierz w trudach wojennych zasypiający wśród marszu.
Był Zmarły nam towarzyszem swej pracy seminaryjskiej osłodą, w życiu naszem nauczycielskiem tylu trudnościami najeżonem. Szczęściem dla nas było mieć w swym gronie męża bogatego w wieloletnie doświadczenie, a jednak młodego duchem, który choć ciałem stary nie zakrzepł w swych poglądach i żywo brał do serca wszelkie projekty, zmierzające do podniesienia Zakładu na stopień możliwie najwyższy, do wszystkich zaś usiłowań swych młodszych kolegów życzliwą rękę przykładał. W tem wszystkiem szło Mu wyłącznie o dobro Kościoła, sam pragnął być nieznanym, zarówno wśród swoich jak i w mieście, choć i tam Jego miłosierdzie i szczodrobliwa ręka wspierająca hojnie całe rzesze ubogich, nie skąpiła też licznych datków na instytucye użyteczności publicznej. Kapłan ten mógł powiedzieć o sobie „Panie nie wyniosło się serce moje ani się wywyższyły oczy moje “(Ps. 130) i dla tego właśnie miał serca nas wszystkich skupione naokół ojcowskiego serca swego. W słodkiem a szczerem obcowaniu Jego doznawaliśmy zawsze radości i uweselenia ducha, całowaliśmy ze czcią Jego zacne ręce kapłańskie, ojcem-tatą tytułując, tak jak niegdyś mieszkańcy Turynu „tatą Janem” nazywali świętego kapłana dobroczyńcą ubogich, założyciela Salezyanów ks. Jana Bosko. (…)
Nazajutrz w piątek 7 lipca odbył się pogrzeb. I rzecz dziwna — po mimo, że Zmarły osobistych znajomych w mieście liczył niewielu, towarzyskich stosunków prawie nie utrzymywał, wyłącznie swej pracy kapłańskiej oddany między Seminaryum gdzie nauczał, katedrą, gdzie spowiadał i mieszkaniem, gdzie pracował i modlił się, to jednak w obchodzie pogrzebowym wzięło udział całe miasto. Po za kołami duchowieństwa włocławskiego, które narówni z resztą Dyecezyi z uczniów Zmarłego się składało i szanowało go bez wyjątku, wśród osób świeckich mało zda się był znany. A jednak, gdy dzień pogrzebu nadszedł stanęły wszystkie fabryki w mieście, opuszczone przez robotników, opróżniły się warsztaty, zamknęły sklepy i kilkunastotysięczny orszak towarzyszył Mu do miejsca ostatniego spoczynku. Snąć sława i cześć świętobliwego kapłana innymi chodziła drogami niż zwykłe ludzkiej popularności ścieżki. Przeniknęła ona do świadomości ogółu mieszkańców Włocławka przez liczne rzesze penitentów, których z Bogiem jednał i dusze im leczył, przez wiernych odwiedzających katedrę, gdzie tak często nabożeństwom przewodniczył, przez ubogich wreszcie, których sam niebogaty, wspierał i wspomagał w cichości. (…)
Nie byłby kompletnym ten rys życia ś. p. prałata Stopierzyńskiego, gdybym nie podkreślił Jego świętobliwości. Tak modlić jak On się modlił umieją tylko święci. Kiedy wszyscy pogrążeni byli we śnie on dopiero powracał z kaplicy, a ta jego świętobliwość była tak naturalną, taką cichą, kryjącą się, aby jeden tylko Bóg o niej wiedział. Nigdyśmy Mu o niej nie wspominali, ale każdy z nas w duszy korzył się przed nią.¹
Bibliografia:
¹ Kronika Dyecezyi Kujawsko-Kaliskiej: czasopismo poświęcone sprawom dyecezyi. R. 5, 1911, nr 8




